Cukiernia „Jedyna”

Widziałem ostatnio taki obrazek, który przedstawiał dłoń w ortalionowej kurtce, trzymającą wafelka - takiego w kształcie nosa Pinokia, czyli na max dwie gałki, no może ze trzy, jeśli nie było pod ręką tych większych, takich walcowatych, do których paniom z naszej cukierni „Jedyna”, udawało się bez problemu zapakować nawet pięć. Dłoń była chyba dziecięca, wafelek hiperrealistyczny, w rozmazanym tle - jakaś szarość chodnika. Ale oczywiście najważniejsze było co innego – treść tego najpopularniejszego, najsmaczniejszego i nieskończenie pożądanego smakołyka mojego dzieciństwa. Cały obrazek, w konwencji ironicznego mema dopełniał napis, którego brzmienie nadejdzie wraz z kolejnymi wersami.
Nie ma chyba wielu lepszych wspomnień niż to, kiedy w naszym dzieciństwie kończyliśmy wspólny, niedzielny obiad. Koniecznie latem, kiedy trzeba było dla zachowania jakiś szans na odrobinę ulgi robić kontrolowany przewiew otwierając szeroko okno balkonowe od strony „Berlinki” i uchylając to w kuchni, z której mogliśmy przez jakiś czas obserwować podwórko bloku, w którym mieszkała Babcia Irena, a potem już tylko przedszkole z ogromnym, jak na dzisiejsze standardy ogrodem i ledwo - szczytową ścianę „Dwudziestki”. W takie dni, kiedy nawet dzieciakom koszulki przyklejają się do grzbietów, a wiadomo, że dzieci prawie się nie pocą, ponieważ ruszają się - w przeciwieństwie do dorosłych, tylko tak długo, jak im to pasuje, liczyliśmy na lody.
Było kilka wersji realizacji tej najsmaczniejszej z wszystkich przyjemności. Jedną, która mi odpowiadała szczególnie ze względu na moje społeczne usposobienie, była wyprawa z siatką, w której znajdował się duży albo nieco mniejszy, w zależności od ilości oczekujących na dostawę, słoik. Czyściutki, pachnący niczym - bo taki zapach ma szkło. Z zakrętką, czasami nieco wykoślawioną w procesie wcześniejszego zmuszania jej do ustąpienia, w kolorze złota. W drugiej dłoni, śmiałek, który ochoczo poddawał się wykonaniu misji, trzymał dobrze i z pełną odpowiedzialnością, odpowiednią sumę pieniędzy. Nigdy nie wkładał jej do kieszeni, nawet jeśli miał portfelik - to byłoby jednak zbyt ryzykowne. W pędzie na schody naszej cukierni, tak przenoszona gotówka mogłaby gdzieś wypaść i w najlepszym razie poszukiwania niepotrzebnie opóźniłyby realizację słodkiego zadania.
Nie będę pisał po co był słoik. Starsi wiedzą, a młodsi nie czytają tych felietonów. Po zapakowaniu wypełnionego „szkła” i szczelnym zamknięciu, po dołożeniu odpowiedniej ilości wafelków ruszaliśmy pędem do domu, na ostatnim odcinku pokonując pod dwa stopnie schodów, aż do ocieplonych od wewnątrz gąbką ze skajom drzwi domu rodzinnego. Mama dzieliła dostawę i rozkoszowaliśmy się chłodzącą słodyczą nadstawiając policzki ku podmuchom wiatru sprytnie chwytanego w okienną pułapkę.
Była też inna wersja tej samej misji, w której pałaszowaliśmy lody w drodze na nasze podwórko; tak, że już koło „leśniczówki” właściwie kończyliśmy ucztę, a jeszcze trzeba było wejść do domu, żeby oddać cieknący przydział Rodzicom. Co prawda zawsze można było się załapać jeszcze na kilka liźnięć od nich, ale jednak wszystko to było jakieś poszatkowane, nieskoordynowane i zawierało niejasny element odrobiny zazdrości wynikającej z lodowego łakomstwa.
Kiedy piszę te słowa nie tylko pamiętam biały fartuch Pana Gadomskiego, zapach mijanych po drodze drzew i stukot kołyszących się na bruku „Berlinki” - niezbyt często - autobusów linii 15 do Nowej Wsi i 18 do Sumina. Przede wszystkim jednak, smak, kolor, fakturę i zapach najlepszych lodów pod słońcem, w najszczęśliwszym czasie życia.
Obiecałem - po tej wspominkowej dygresji, która ma jednak zasadnicze znaczenie dla zrozumienia, dlaczego przywołany obrazek zrobił na mnie tak piorunujące wrażenie, że zdradzę pozostałe - wciąż brakujące elementy mema. Mema tak smutnego, pełnego rozczarowania, a jednocześnie prawdy; tak ostatecznie definiującego stan, do którego wpycha nas co rusz życie, że jego twórcy zostają zaliczeni przeze mnie do poetów memiarstwa, które wypiera ten nudny potok następujących po sobie literek, wyrazów, zdań i akapitów.
Zamiast lodów, na przywołanym wspomnieniami z dzieciństwa wafelku znajdowały się dwie, wyraźnie nakładane przez cukiernika bez oznak skąpstwa, gałki specjału, który składa się z najbardziej żałosnego rodzaju śniegu. Takiego, który już tylko na drażni swoim nachalstwem i zbyt długimi odwiedzinami, który zaabsorbował już nie tylko wszystkie zapachy brudu miasta, nie tylko wszystkie jęknięcia i przekleństwa po upadkach, spóźnieniach do pracy, narzekania na przemarznięte palce w za małych butach i uszy wystające spod modnej czapki. On składa się z wszystkiego co jest złe w zimie – wysokich rachunków, opóźnionych pociągów, potłuczonych tyłków, rozbijanych samochodów; braku słońca, wciskającej się wszędzie wilgoci. Te gałki wszyscy znamy – szare od piasku i soli, od zniecierpliwienia i tęsknoty za choćby jeszcze jedną taką wyprawą do ”Jedynej”; jednocześnie zdając sobie sprawę, że już nigdy jej nie będzie. Już dawno bowiem wiadomo, że nigdy nie będzie takiego lata.
A podpis pod tymi dwiema gałkami żałosnego śniegu na przywołującym najpiękniejsze wspomnienia wafelku brzmi: Lody o smaku Polski.
Chciałoby się napisać, że wiosna tuż, tuż, ale nie można kłamać. Dlatego, jacy macie być - wiecie, a poza tym i może jeszcze bardziej z każdym tygodniem: „Nie dajcie się zgnębić sukin….m”!
Galeria
