Mono no aware

Mono no aware

Pamiętam, że którejś nieprzespanej nocy oglądałem w telewizji dokument poświęcony Czesławowi Miłoszowi. Starsi pamiętają, że były takie filmy, w których fragmenty wierszy były czytane przez samego autora, który dodawał kontekst, mówił o swoich inspiracjach, doświadczeniach z czasu, kiedy dany tekst powstawał. Wszystko to w formie pogłębionej, spokojnej rozmowy, w której wcale redaktor bez strachu o zasięgi pytał głównie o sprawy najważniejsze, abstrakcyjne, przekraczające los jednostki. Nie unikano poruszania kwestii poważnych, nie stosowano skrótów, z uwagą słuchano siebie nawzajem. Dzisiaj nie ma najmniejszych szans, żeby taki film znalazł miejsce w jakiejś głównej telewizji, gdzie trwa ogłupiający pościg za skrótem, uproszczeniem i sensacją. Może na YouTube można jeszcze znaleźć takie rozmowy, w których dwie osoby spotykają się, żeby porozmawiać o życiu – miłości, cierpieniu, rozstaniu, tęsknocie pięknie, nadziei i innych pojęciach, które zostały wyparte przez dobrostan, afirmację, chłopski rozum i opowiadanie o biznesowych skilach. Podkreślam, z naiwną nadzieją słowo: może.

Wielu z nas, dla których ludzie są równie ciekawym przedmiotem obserwacji, jak ciuchy, miejsca na kolejne instagramowe relacje z podróży, super oferty z niekończących się „sejli”, błyszczące fury koniecznie w dizlu i jeszcze mnóstwo innych rzeczy, z których katalogu w żadnym arbitralnym wyroku nie wykluczam oczywiście kotów, srok czy innych Parus major, przeżyło nie raz zdarzenie, o którym opowiadał w swoim wierszu, ale i komentarzu nasz noblista. Mnie zdarzały się takie sytuacje dosyć często.

Otóż Miłosz czytając któryś ze swoich wierszy, być może było to „Spotkanie” z 1953 roku, a może wcale nie, dodał, że dziewczyna, z którą spotkał się tylko przelotnie była tak piękna, że już w chwili, kiedy ją zobaczył, wiedział, że ta chwila sprowadza na niego tęsknotę i bolesne poczucie przemijania. Czuł to być może dlatego, że pisał tekst po czterdziestce, a może dlatego, że rozumiał coś, czego japońskie nazwy niedawno odkryłem podczas bezmyślnego skrolowania Instagrama. Może znał japońskie nazwy emocji, których treść już w jego czasach musiała ludziom zachodu wydawać się bardzo obca. Hakanai – ulotność, kruchość, ale nie jako słabość, ale przeciwnie – wartość oraz Mono no aware - czyli czułą wiedzę o tym, że piękno jest ulotne i tym bardziej warte czułości. Może były inne powody - przecież emigracja zmieniła całe jego dotychczasowe życie. Jedno jest pewne, wielcy poeci, artyści potrafią nazwać i pokazać nam te uczucia, które raz na jakiś czas stają się doświadczeniem każdego z nas. Kto z nas nie spotkał kogoś, kto wzbudził w nim to przyjemne wrażenie obcowania z kimś, z kim chcielibyśmy pobyć dłużej, lepiej go poznać, kto wzbudza w nas emocje, które są tak pierwotne, że dotykają tych przybrudzonych codziennością strun naszej duszy, o których zazwyczaj z wiekiem zapominamy. Możemy spotkać kogoś, kto nie będąc dla innych nikim szczególnym, właśnie w nas wzbudza uczucie spokoju i ciepła. Zresztą nie zaryzykuję stwierdzenia, bo to oczywiste, że podobnie może być z wybitnym dziełem sztuki, książką, wybitnym utworem muzycznym. Martwimy się już na długo przed końcem, że po ostatnim słowie czy nucie będziemy tęsknić. Japończycy umieją nazwać podejście, w którym nie musi to oznaczać pustki. Wybitni poeci, w tym Miłosz również.

Nie wiem, czy macie tak państwo, ale mnie zdarza się tak co jakiś czas. Tak jak poecie z Szetejni. I to nie tylko w autobusie, na ulicy czy jakiejś galerii handlowej. Nie tylko w stosunku do obcych, przypadkowych ludzi. Zdarza się to i z tymi tych, z którymi spotykam się zbyt rzadko, a którzy wzbudzają we mnie tak pozytywne, budujące i oczyszczające emocje chociaż znam ich od lat. Bez względu na płeć, wiek czy relację. 

Jest natomiast również kategoria osób, których nigdy osobiście nie widziałem, nie zobaczę, nie wiem co z nimi, jak się mają, skąd są i czy jeszcze w ogóle żyją, a które dosyć regularnie obserwuję sobie w chwilach, kiedy potrzebuję nieco więcej światła, żeby przetrwać codzienność. Nie zdarza się to wcale sporadycznie. 

Mógłbym podać wiele takich postaci, ale zachęcam państwa, żeby samemu poznać jedną z nich. Radosną, pogodną, pełną pasji, entuzjazmu, najpewniej wrażliwą. Spotkaną zupełnie przypadkowo. Śliczną, uśmiechniętą, ładnie – bezpretensjonalnie ubraną, z prostą – dziewczęcą fryzurą, drobną.  Nie wiem, ile ma lat, jakiego jest pochodzenia, jak ma na imię. Ale od czasu do czasu funduję sobie z nią spotkanie. Choć ona o tym nie wie, na pewno nie ma nic przeciwko temu.

Każdy z nas może ją spotkać wyszukując na YouTube filmik, wpisując w wyszukiwarkę platformy „Yellow - Coldplay played by 1000 Musicians | Rockin’1000”. Potem trzeba cierpliwie poczekać do 37 sekundy (to więcej niż wiele rolek na Instagramie) i proszę bardzo – oto i ona. 

Rozglądajcie się w autobusach, tramwajach, ulicach. Szukajcie takich spotkań słuchając muzyki, czytając książki, chodząc na wystawy. Dla każdego, takim promyczkiem, może być kto i co innego. Ale wszystkim życzę tego samego: „Nie dajcie się zgnębić sukin….m”!

patrykgabriel.pl

Galeria

Zdjęcie 1

Kategorie